Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 25/11/4630 15:11:59 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Wstęp
- Dzień pierwszy
- Dzień drugi
- Dzień trzeci
- Dzień czwarty
- Dzień piąty
- Mapa


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Dariusz T. Oczkowicz
 
2 czerwca 2002
 
I następnego dnia budzimy się późno. Lenistwo? Chyba tak, chociaż i dzisiejsza droga mimo swych 450 m jest wyceniona na 3 godziny (wycena do dziś dla mnie nie zrozumiała, chyba że przechodzi się drogę na żywca). Po wczorajszym fiasko i analizie błędów powinniśmy ją pokonać przynajmniej w 6, tak więc nie ma się co śpieszyć. Ale coś tego ranka nie gra. Ruszamy się jak muchy. Jestem podenerwowany i nie czuję się dobrze. Jak najszybciej chcę wyruszyć w ścianę; jak się zaczniemy wspinać to jakoś się rozkręcę. Z Agnieszką też coś nie tak. Wiem już, że przed wejściem w ścianę jest trochę marudna i że rano też potrzebuje czasu na rozkręcenie się, ale tym razem to chyba nie wszystko.

Około godziny dziesiątej wchodzimy w "Via Dalla Chiesa" na północno-wschodnim filarze Mur Orientale de Pisciadu. Droga ta datuje na rok 1983, jest więc takim nowszym klasykiem autorstwa Manfredo Torrettiego i Diego Zanesco. Piękna, logiczna formacja, często odwiedzana przez alpinistów i doskonale nadająca się na tą porę roku. Powili nauczyliśmy się czytać ściany tej wielkości i droga wydaje się nam zrozumiała. Jeden odcinek, kluczący między przewieszkami wygląda trochę groźnie, ale można go bez problemu ominąć wariantem prowadzącym po lewej stronie.

Wejście w ścianę już znamy. Pierwsze dwa wyciągi są łatwe i przechodzimy je płynnie i szybko. Niestety stan Agnieszki rzeczywiście się pogorszył; osłabienie i ból głowy to bardzo dobrze znane symptomy udaru słonecznego. Poza tym jeśli taka fanatyczka prowadzenia dróg jak Aga, oddaje mi prowadzenie na całą trasę, to już musi być poważnie. Ale wycofać się nie chce. Ja z kolei cieszę się z następnych pięciu wyciągów. Tu ściana się spiętrza w pion, ale jej wycena porusza się zaledwie między "bardzo trudno" i "nadzwyczaj trudno", co jednak nie oddaje uczucia tak szalonej ekspozycji, z którą się jeszcze do tej pory nie spotkałem, miejsca na stanowiska są solidne i wygodne. No i droga jest dzięki swemu położeniu na filarze wyjątkowo piękna widokowo: daleko w dole wije się strumień w dół doliny Val de Mesdi. Naprzeciw wznoszą się potężne wieże szczytów Boeseekofel, Neuner i Zehner. Na Południu stoi niczym wieża potężnej fortecy, Dent de Mesdi. Na północy rozpościerają się wielkie masywy Dolomitów, aż po pasma austriackie.

Skała jest lita, solidna, sucha. Wydaje się, że to już nie jest wspinanie, to jest jak pływanie w górę, lawirowanie między formacjami. W dole widzę cztery ptaki lecące nad polami śnieżnymi; nie, to nie są cztery ptaki, to są dwa ptaki i ich czarne, wyraźne cienie na śniegu; są bardzo daleko, jakieś 300 m niżej.

Wychodzimy w partię szczytową, w ten ogromny labirynt skalny prowadzący na płaskowyż szczytowy. Nie powtarzamy tu błędu wczorajszego i ruszamy dalej z lotną asekuracją. Ale niezwykle krucha i filigranowa topografia tego odcinku skalnego utrudnia nam poruszanie się. Lina ciągle się zahacza o jakieś zęby skalne. Dwa razy jestem zmuszony założyć stanowisko i z całej siły wyciągać linę. Na szczycie jestem wykończony. Zmęczenie dopiero teraz ukazuje swe oblicze, każdy ruch sprawia trudności, do tego dochodzi ta non stop piekąca skóra. Tak, ja też oberwałem słońcem. Tak szybko leciałem w górę, że nie dbałem o ochronę twarzy i rąk. Teraz prawie padam i co najgorsze, wszystko mnie wkurza. Agnieszce obrywa się przy tym bez powodu. Cel osiągnęliśmy: na całą drogę potrzebowaliśmy pięć i pół godziny. Ale zmęczenie nas jednak dopadło. Wykończeni schodzimy do bazy. Teraz nie ma już się co spieszyć. Jutro zejdziemy spokojnie w dolinę, ściągniemy te przepocone ciuchy i goretexy, narzucimy coś lekkiego na siebie i... będziemy szukać apteki. Aptekarz od razu rozpoznaje sytuacje i daje nam jakąś maść upominając nas, by koniecznie unikać słońca: "Nawet na parę minut nie wolno wam wychodzić na słońce!" - mówi. No to dobrze, że nie spotkaliśmy go trzy dni temu...

W ostatni dzień postanowiliśmy jeszcze przejechać się przez serpentyny Dolomitów. Jedziemy przez Cortinę d’Ampezzo i dalej przez przełęcz Falzarego pod masyw Tofany di Rozes i aż do Misuriny, by przynajmniej choć raz rzucić okiem na Tre Cime di Lavaredo.

Tak, było by się gdzie wspinać, nie?
 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4  |  5  |  6
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce