Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 25/11/5325 15:11:59 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Wstęp
- Dzień pierwszy
- Dzień drugi
- Dzień trzeci
- Dzień czwarty
- Dzień piąty
- Mapa


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Dariusz T. Oczkowicz
 
1 czerwca 2002
 
Wstajemy późno. Agnieszka marudzi, że o tej porze nie wychodzi się w góry i właściwie ma rację. Jest dziesiąta, kiedy stajemy pod ścianą. Ale co się przejmować? Droga Richarda Goedecke i Susanny Hornburg ma wprawdzie 400 m długości, ale czas przejścia został wyceniony na 2,5 godziny. Już widzę nas po południu przy namiocie...

Wchodzimy w ścianę. Skała jest - jak to w Dolomitach - luksusowa. Wschodnia ekspozycja gwarantuje nam parę godzin dobrego słoneczka, co z kolei zmusza nas do całkowitego obwinięcia twarzy. W "stylu muzułmańskim" - bo tak to chyba musiało wyglądać - przechodzimy przez pierwsze lekkie wyciągi. Ściana spiętrza się dopiero po stu metrach i tu spotykamy się z pierwszymi trudnościami. Nie są one jeszcze natury technicznej, lecz - jak tego obawialiśmy się - natury orientacyjnej.

Droga Goedecke/Hornburg należy do nowszych dróg regionu. Pierwszego przejścia dokonano dopiero w 1989 roku, kiedy to wszystkie kombinacje dróg widowiskowo-ekstremalnych zostały rozwiązane, a ich autorzy - Dibona, Messner, Kamerlander itd. - udali się w inne regiony świata. Teraz zaczęto szukać ścian z drogami czysto rekreacyjno-klasycznymi; wspinaczka dla przyjemności, daleko od tłumów ludzi, w mało odwiedzanych częściach Dolomitów. Dróg takich wcale nie jest wiele, a mimo ich logicznego prowadzenia i swoistego uroku są one rzadko odwiedzane przez alpinistów. Może brakuje im własnej historii, jakiejś tragedii, po prostu mitu? Dla nas oznacza to konkretnie, że idziemy drogą prawie nienaruszoną. Drogę taką trzeba umieć czytać. Nie ma na niej starych haków, pozostawionych pętli, porozrzucanych niedopałków, czy jakiś innych "kierunkowskazów", tak dobrze znanych z Granackich żeberek i Świnickich grzęd. Czekają nas trzy nadzwyczaj trudne wyciągi i akurat teraz zbaczamy z drogi. Trochę jest mi nie swojo; z dołu widziałem parę przewieszek wiszących między właściwą drogą a "Żółtym Kominem", który z bliska wygląda bardzo nieprzyjemnie; jest mokry i kruchy. Wchodzę w wyciąg, ale nie udaje mi się przejść na lewo we właściwą drogę. Tymczasem teren robi się trudniejszy, a miejsc do założenia jakiegoś przelotu coraz mniej. Zakładam co się da, ale i tak odległości między przelotami to jakieś 10 do 15 m. Za dużo przy tych trudnościach. Ale co robić? Trzeba napierać i... jak najszybciej założyć "jakieś" stanowisko. Takowe i zakładam. Znajduję malutkie uszko skalne. Pętla przez nie się nie zmieści, a kewlarki są u Agnieszki, przy jej aucie. Mam jeszcze repiki, których używam do zjazdów, ale są tak silnie związane, że po kwadransie walki z węzłem poddaje się. Prowizorycznie zakładam kostkę, taką na słowo honoru, i w rozkroku - pode mną 300 m urwiska i na dole piarg doliny - postanawiam ściągać plecak i szukać w nim noża. I... - nie, żaden lot - w tej chwili przypominam sobie, że przed wyjściem nóż schowałem do kieszeni kurtki, którą przecież mam na sobie... (Pytanie: jakiego słowa używa łojant w takiej sytuacji?). Zakładam auto z malutkiego uszka skalnego i kostki. Asekuruję z ciała, by tego wszystkiego broń Boże nie obciążać i opierając się głową o ścianę ściągam Agnieszkę. Obawiam się, że dziewczyna mnie chyba rozerwie, bo na samo stanowisko potrzebowałem jakieś pół godziny, jeśli nie więcej. Ale ekspozycja tego wyciąg robi swoje. Szybka wymiana szpeju i dalej. Jeszcze tylko jeden wyciąg i wychodzimy w "trójkowy" teren. Ale i ten wyciąg nie należał do łatwych. Agnieszka musiała powalczyć, ale - z mojej perspektywy to teraz najważniejsze - założyła solidne stanowisko.

Ostatnie wyciągi prowadzą łatwym terenem przez labirynt kominów, rynien i żeberek. Wydaje się że lada chwila wyjdziemy na płaskowyż, ale to jednak jeszcze pięć wyciągów. Ze ściany wychodzimy o godzinie osiemnastej. Na całą drogę potrzebowaliśmy osiem godzin! Jeszcze trochę żartujemy, że zrobiliśmy własny wariant, taka "droga rozpaczy zielonego łojanta" (brzmi nawet trochę po włosku, nie?), ale wiemy, że w tym stylu poważniejszych przejść nie zrobimy.

Na szczęcie w namiocie czeka butelka piwa, a otaczające nas ściany żegnają nas koncertem kolorów zachodzącego słońca. Do biwaku docieramy około 21 i... nie jesteśmy sami. Obok rozbiło swój namiot dwóch Austriaków, ale coś wyglądają na zagubionych; jeden zapomniał karimaty, a drugi... papierosów.

 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4  |  5  |  6
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce