Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 25/11/8364 15:12:00 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Wstęp
- Dzień pierwszy
- Dzień drugi
- Dzień trzeci
- Dzień czwarty
- Dzień piąty
- Mapa


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Dariusz T. Oczkowicz
 
30 maja 2002
 
Czwartek, 30 maja. Po całym dniu na autostradzie nie mamy nazbyt dużej motywacji by wcześnie wstać. Do tego dochodzi fakt, że nasz namiot znajduje się w cieniu jednej z zachodnich ścian Ciampani de Val Mesdi i słońce dociera do nas dopiero po godzinie dziewiątej. Pierwszy dzień zamierzamy poświęcić na rekonesans: musimy się dowiedzieć jakie warunki panują w wyższych partiach, które ściany są suche, które zlodowaciałe, jak daleko jest do sąsiedniej doliny, w jakim stanie są o tej porze roku pobliskie schroniska na wypadek, gdyby trochę wyżej potrzebny był schron. Wyruszamy dopiero o dziesiątej i kierujemy się wzdłuż Muru Orientale de Pisciadu w Val di Bosli. Podejście jest strome - na jednym odcinku ktoś założył jakąś zbędną Ferratę - ale za to w miarę szybko przedostajemy się na drugie spiętrzenie skalne, do Valun de Pisciadu na ponad 2500 m. Tutaj oczekuje nas niespodzianka, lub dokładniej, uzmysłowienie sobie rzeczy właściwie ewidentnej: górne piętro pokryte jest grubą kopułą firnową, oczywiście ciągnącą się aż po partie szczytowe i wyścielającą całą dolinę. Właściwie nie było by w tym nic złego; mamy raki, dziaby, firn i tak jest lekko rozmokły i chwyta bardzo dobrze. Lecz pierwsze kroki w tą krainę śniegu uzmysławiają mi jeden podstawowy błąd, i dokładnie w tym samym momencie, słyszę za mną głos Agnieszki: "Darek, masz może krem przeciwsłoneczny?" Stanąłem jak wryty. Przed wyjazdem jeszcze o tym myślałem, ale jakaś automatyka w myśleniu nakazała mi: Dolomity - nie ma lodowca - krem nie potrzebny. Bzdura to wprawdzie niesamowita, ale dopiero teraz, czując to cieplutkie promieniowanie idące od śnieżnego podłoża, uzmysłowiłem sobie tragiczność naszej sytuacji. Tragedia? Nie, z pewnością nie, bo gdyby tak było, to natychmiast byśmy zawrócili, my tymczasem... poszliśmy dalej. Dolina Valun de Pisciadu otwierała się przed nami niczym wielki, podłużny, biały kocioł. Pocieszałem się jeszcze, że może po przekroczeniu grani i przejściu na południową stronę śniegu ubędzie, ale z minuty na minutę wątpiłem w taki rozwój sytuacji. Pokrywa śnieżna stawała się coraz grubsza, a konsystencja śniegu rozgrzanego pionowym słońcem coraz nieprzyjemniejsza. Mijając schronisko Cavazza widzimy jedynych dwóch ludzi tego dnia. Poza tym jedynym śladem ludzkiej obecności pozostaje na stoku elegancka serpentyna zjazdu narciarskiego, to wszystko. Szlak jest nie tylko nie przetarty, ale w ogóle nie ma po takowym śladu. W monotonii podejścia wzdłuż doliny odpuszczam myśl wyjścia na szczyt Pisciadu: śniegu jest za dużo, czasu za mało. Myśl ta się tak ewidentnie rozsiadła w mojej głowie, że nawet zapominam podzielić się z nią z Agnieszką, która nagle nie wie co jest grane, kiedy ni stąd ni zowąd, skręcam na prawo odwracając się od szczytu. Trochę mi głupio, tym bardziej, że Agnieszka jest tego samego zdania. Tymczasem droga którą obrałem, po chwili okazuje się - właściwie - błędną. Ach, te Dolomity! Góry są to nieporównywalnie piękne, ale mapę trzeba tu studiować bardzo, bardzo dokładnie. Jeden centymetr kwadratowy mapy może kryć w sobie setki cennych informacji, a parę kreseczek może okazać się paruset metrową wieżą skalną. Tak też i my ciągniemy dalej wzdłuż doliny, miast odbić w Val du Tita. Ale nie jest źle, gdyż Val du Tita jest prawdopodobnie nie do przejścia (bez nart). Tak więc na koniec wybraliśmy jedyny rozsądny wariant, kierując się na przełęcz Sela de Pisciadu, gdzie osiągamy na 2908 m najwyższy punkt tego dnia.

Widok z przełęczy zapiera dech. Panorama jest fantastyczna, ale i sama przełęcz jest bardzo ciekawa. Leży ona w głównym łańcuchu górskim regionu Sella, ciągnącego się od Torri del Sella, przez Pic Ciavazes, Piz Selva i przez L’Antersas po Piz Boe (3152 m, najwyższy szczyt regionu). Cały łańcuch jest na tym odcinku właściwie ogromnym płaskowyżem, z którego gdzieniegdzie strzelają w górę pojedyncze iglice szczytów. Ale i ten region pokryty jest jednolitą warstwą firnu, głębokiego i miękkiego. Przy pomocy kompasu upewniam się w terenie, gdyż nie chciał bym błądzić w tej śnieżnej pustyni, a następnego celu, schroniska Rifugio Boe, nie widać.

Poruszamy się rozległym grzbietem śnieżnym, walcząc z zapadającym się śniegiem. Droga jest długa i non stop szukamy jakiegoś punktu orientacyjnego. Napotykamy się na parę tyczek ułatwiających orientacje, ale gdzie jest to schronisko? Trochę tracimy na wysokości. Dochodzimy do siodła na ok. 2830 m i stoimy przed kopułą jakiegoś ośnieżonego szczytu. Znowu studiujemy mapę i znowu "kartograficzne odkrycie": na odcinku pięciu milimetrów poziomnice zmieniają kierunek: przed nami znajduje się L’Antersas i podejście na 2907 m. Kopuła szczytowa jest piękna, widok czarujący... bo poniżej widać budynek schroniska. Rifugio Boe jest właśnie tym jedynym schroniskiem zaopatrzonym w schron zimowy, którego... nie znajdujemy, ale i nie chce nam się go szukać; czas ucieka, jesteśmy zmęczeni, a czeka nas jeszcze długie zejście. Mimo tego odczuwamy coś w rodzaju satysfakcji. Spoglądamy na grzbiet grani, na którym, na odcinku ok. 3 km widać tylko jeden, czysto poprowadzony ślad: nasz ślad.

Z Rifugio Boe do bazy są cztery kilometry, ale i 900 m różnicy wysokości. Początkowo schodzimy żlebem o nachyleniu ok. 50°, ale firn już lekko przymarzł i trzyma bardzo dobrze. Dolina Val de Mesdi jest właściwie bardzo wąskim i głębokim wąwozem. Kulisa otaczających nas formacji skalnych jest wprost bajkowa. Ale nie ma się co dziwić: po lewej mijamy strzeliste wieże Sas de Mesdi, Bech de Mesdi, Dent de Mesdi, Pisciadu i Mur Orientale de Pisciadu, a po prawej słynne - przynajmniej dla osób wspinających się - szczyty Sas Dles Nu (Neuner), Sas Dles Dies (Zehner) i Piz da Lech (Boeseekoffel). Niestety taki ciasny wąwóz ma i swoje złe strony: ściany wschodnie, zasłonięte od słońca przez sąsiednie szczyty są mokre, ściany zachodnie jeszcze kompletnie zamarznięte, no i trudne do osiągnięcia, bo podejścia są obstawione potężnymi polami firnowymi i lawiniskami. Wspinaczka w tym regionie będzie możliwa dopiero za miesiąc, może i za dwa. Tak więc pozostają nam tylko ściany położone niżej, najlepiej jak najbliżej naszej bazy... są i takie.

Kiedy dochodzimy do namiotu zaczyna się ściemniać, robi się chłodno i dopiero teraz dociera do nas żar idący od wszelakich miejsc ciała nie osłoniętych za dnia od słońca. Na razie jest to tylko lekkie parzenie skóry, wyniki będą widoczne dopiero nazajutrz.

Ale spalona skóra to jeszcze nie wszystko. W tej chwili więcej kłopotów sprawiają mi moje buty. Skórzaki przemokły w tym roztopionym, głębokim śniegu doszczętnie. A taki skórzany but schnie długo, bardzo długo. Jeszcze wieczorem zbieram drewno i zabieramy się za rozpalanie ogniska. Trwa to dosyć długo, a wyniki są mało widoczne. Około jedenastej mamy już dosyć i idziemy spać.
 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4  |  5  |  6
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce