Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 25/11/8121 15:12:00 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Wstęp
- Dlaczego Dolomity?
- Mapa
- Nasz dojazd
- Schr. XII-tu Apostołów
- Dookoła pięciu jezior
- Dookoła Pietra Grande
- Na Cima Groste
- Dolina Val Genova


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Piotr Paprzycki
 
Nasz dojazd
 

1. Propozycja trasy.
2. Wrażenia z drogi.
3. Wycieczka w okolice Dolomitów.


1. Propozycja trasy.
Z naszych sondaży wynikało, że możliwych jest kilka wersji dojazdu w Dolomity Brenty.
1. Przez Niemcy - trasa dłuższa, bardziej dogodna dla mieszkańców zachodniej Polski, umożliwia korzystanie z bezpłatnych niemieckich autostrad.
2. Przez Czechy - trasa krótsza, także wygodniejsza dla mieszkańcó
w zachodniej Polski zmusza jednak do korzystania z płatnych autostrad czeskich.
3. Przez Słowację (z wariantem przez Słowenię), droga znowu dłuższa lecz wygodniejsza dla mieszkańców Polski wschodniej, ponadto nieco tańsza.

Po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy się na wersję pośrednią, którą gorąco wszystkim polecam. Ponieważ zanosiło się na jazdę bez zmienników, trasa prowadziła tam gdzie to możliwe przez autostrady, z noclegiem w Bratysławie (nocleg ten wypada taniej niż, odpowiedni na terenie Czech). Newralgiczne punkty tej trasy to, oczywiście poza przejazdem przez Polskę, która jest najtrudniejszym krajem dla każdego kierowcy ze względu na koszmarną jakość dróg: przekraczanie przejść granicznych w Chyżnem na Słowację i w Bergu do Austrii; przejechanie przez Bratysławę i Wiedeń oraz dojazd do samego Pinzolo. Niemal 2/3 drogi odbywa się autostradami, co istotnie skraca czas przejazdu i odciąża kierowcę. Minusem są dość duże koszty znaczków na autostrady Słowackie i Austriackie oraz opłata za przejazd austriackimi drogami alpejskimi. Za to malownicze krajobrazy Orawy, Tyrolu i Bawarii rekompensują wszystko z nawiązką.


2. Wrażenia z drogi.
Wyjechaliśmy z Lublina w sobotę o 10.30, czyli wstrząsająco późno. Po krótkim odpoczynku przed Kielcami i dość bezstresowym przejeździe przez Kraków (może z powodu wolnego dnia) wskakujemy na Zakopiankę. Przyspieszamy na tyle na ile pozwalają nam koleiny w jezdni, ale na krótko - zjazd na Chyżne wciska nas w wąską górską drogę i nie ma już
mowy o wyprzedzaniu powolnych ciężarówek i autobusów. Po pokonaniu Gorców zjeżdżamy na równinę Orawy i gnamy do przejścia, przed którym stoi potworna kolejka TIR-ów, krótki postój i bezbolesna odprawa graniczna - jesteśmy już poza krajem.

Droga nadal dość kręta ale mniej dołów, więc możemy podziwiać widoki. Na wysokich skałach nad nami malownicze zamki orawskie w tym najpiękniejszy zamek "Orawa", którego najwyższa część przyczepiona do skały zmusza do niebezpiecznego zadzierania głowy. Zdjęcie obok z widokiem na rzekę Orawę zrobiłem w drodze powrotnej, kiedy udało się nam zamek obejrzeć. Jest co oglądać, ale metoda zwiedzania z popędzającym przewodnikiem nie za bardzo nam odpowiadała, poza tym byli tam "nasi" - żenujący obrazek.

Jedziemy dalej dolinami Małej Fatry by wreszcie za Trnavą wskoczyć na autostradę do Bratysławy. Rozgrzewamy silniki, Polonez wytrwale ciągnie 120/h, lecz zaczyna wpadać w dziwne drgania więc uprzedzam Andrzeja na postoju by zanadto nie szarżował. W zapadającym zmroku zaczynamy odczuwać już znużenie trasą i monotonią jazdy. Na szczęście liczne remonty drogi budzą nas i zmuszają do ciągłej huśtawki pomiędzy pasmami autostrady. Wreszcie Andrzej przejmuje prowadzenie i pewnie zajeżdżamy przed hotel w Bratysławie. Jak dobrze, można coś zjeść, wypić wiezione z kraju piwo, pogadać chwilę i... paść na łóżku jak przecinak - jest północ. W niedzielę na ile to tylko możliwe wcześnie ruszamy dalej, zanim zdążymy się rozpędzić i nabrać paliwa - stop!

To już austriacka granica! Przejście Berg dość pustawe, ale celnik obowiązkowo uciążliwy. Mija dłuższa chwila zanim zrozumiem, co do nas mówi bo oczywiście nie zna żadnego języka poza swoim. Bije od niego niechęć i poczucie wyższości, które podkreśla olbrzymia, automatyczna spluwa zwisająca u pasa. Po czujnym przejrzeniu bagażnika puszcza nas wreszcie - czuję, że minęliśmy granicę światów, półmetek za nami. Obrzeża Wiednia przejeżdżamy już znowu autostradą, obok gnają ci którym się śpieszy i którzy mogą (są niestety w większości), my jedziemy dostojnie na pasie z autobusami i TIR-ami. Autostrada śliczna i o niebo lepiej utrzymana niż Słowacka, szczególnie pod względem zaplecza.

W regularnych odstępach liczne świetnie urządzone parkingi umożliwiają odpoczynek, na większych stacjach zatrzymujemy się tylko dla nabrania paliwa, straszny tu tłok. Powoli znów pojawiają się góry, to już Tyrol i Alpy Salzburskie. Ponieważ droga przejeżdża na niedługim odcinku przez terytorium Niemiec, dwukrotnie zupełnie niezauważalnie przekraczamy granicę niemiecką. Droga coraz ładniejsza, wciąż głębszą górską doliną pniemy się w kierunku odległej przełęczy Brenner omijamy Insbruck, przejeżdżamy mimo pięknej i groźnej fortecy-więzienia Kufstein (a siedziało tu kilku naszych!!). Wjeżdżamy w bramkę na przełęcze. Droga wyśmienita, wali po zapierających dech 50-metrowych estakadach, tylko stromizna i jadące z wolna TIR-y zmuszają mnie do dalszej redukcji biegów, mój czołg na wysokich biegach nie jest w stanie rozpędzić się do wyprzedzania. Za chwilę już Brenner, wjeżdżamy do Włoch, bierzemy bilecik na autostradę i pędzimy w dół doliną rzeki Adygi na złamanie karku. Zakrętami nie trzeba się specjalnie przejmować, hamulców używać prawie nie muszę, byle tylko nie zgubić Andrzejai. Droga powoli się wyrównuje i widzimy wreszcie cel naszej wyprawy - Dolomity, na razie dość mizernie bo z zapadającym wieczorem spowijają je chmury. Zapatrzeni w ten widok zjeżdżamy z autostrady w Bolzano, uiszczamy opłatę (we Włoszech liczą od kilometra) i znowu na górską drogę. Koniec przyjemności, okazuje się, że wybrany przez nas wariant dojazdu od północy jest beznadziejny. Przekonaliśmy się potem, że lepiej jechać przez Trydent i Tione od południa, ale póki co podróż zamienia się w koszmar kierowcy. Droga wpierw kluczy pomiędzy niezliczonymi wiochami, a drogowskazy osiągają najwyższą klasę nieczytelności (przypominają litanię nazw pisanych drobnymi literami) więc oczywiście tracimy czas błądząc, potem zaczynamy wspinać się na jakąś niebotyczną górę po nie kończących się serpentynach. Ręce bolą od kręcenia kierownicą, silnik rzęzi na dwójce, koła ledwo wyrabiają się na zakrętach a jeszcze ci włoscy kierowcy (chyba nie wiedzą co to kierunkowskazy). Mijane tablice wskazują wysokość nad poziomem morza - 1200m, 1400m, o rany 1700m! Wtem drzewa przy drodze rzedną i odsłaniają widok przyprawiający mnie o zawrót głowy (prawdziwy, nie w przenośni) - okazuje się, że jedziemy przyklejeni do stoku gigantycznego urwiska a dno doliny setki metrów pod kołami - o kurcze! Dalsze patrzenie na szczęście uniemożliwia następna serpentyna. Osiągnięcie przełęczy wcale nie poprawia sytuacji. Zrobiło się już ciemno a jazda stromo w dół zmusza do nieustannego pracowania biegami i hamulcem, wkrótce zaczynają śmierdzieć palone okładziny a tarcze hamulcowe pewnie rozgrzewają się do czerwoności. Ostatkiem sił i nerwów dojeżdżamy wreszcie do Pinzolo około 23.00. Cisza - rozgrzane żelazo stęka cicho. Patrzymy po sobie ze źle ukrywanym przerażeniem - nie łatwo będzie zasnąć.


3. Wycieczka w okolice Dolomitów.
Głównym obiektem naszych zainteresowań były oczywiście góry, jednak nawet przy tak napiętym terminarzu zawsze potrzebny jest przynajmniej dzień odpoczynku dla nóg. Poświęciliśmy go na samochodową wycieczkę nad odległe o nieco ponad 30km Jezioro Garda. Wzdłuż wiodącej ku niemu z serca masywu Adamello rzeki Sarca poprowadziła nas ku południowi piękna droga jaką zwykle wjeżdża się do Madonna di Campiglio z południa Włoch. Przed
ziera się ona przez skraj Dolomitów wąskim, rzecznym przełomem przez niezliczone tunele kierując się dalej na Trydent i Weronę.

Zamek Arco, jeden z kilkunastu zamków doliny Adygi i podnóży Dolomitów. Wiodące tędy szlaki komunikacyjne do przełęczy alpejskich zmuszały tutejszych decydentów do wznoszenia umocnień od niepamiętnych czasów.

Miejscowość Riva del Garda, małe miasteczko przylepione do północnego skraju jeziora Garda. Nad wąskimi uliczkami wznoszą się przytłaczająco wielkie skaliska, jedynie w stronę jeziora widok daleki i nostalgiczny. Nie ma tu może wysokiej klasy zabytków, ale południowa roślinność i piękno jeziora rekompensują to z nawiązką. Jeśli ktoś nie chce jechać dalej na południe Włoch, tu znajdzie dobre miejsce na krótką przerwę dla lenistwa pośród bardziej aktywnych atrakcji, tak jak i my.

Na poły tektonicze, na poły polodowcowe, gigantyczne, wielokilometrowe jezioro Garda (największe jezioro Włoch) to przedziwna oaza śródziemnomorskiego krajobrazu pośród alpejskich gór. Mieliśmy okazję oglądać je w upalny, wrześniowy dzień zachęcający do kąpieli na jednej z niezliczonych kamienistych plaż wzdłuż całego wybrzeża. Cyprysy i palmy, białe skały, kręta droga tunelami przebijająca urwisty brzeg i jezioro wyglądające jak zatoka Morza Śródziemnego - wypisz, wymaluj Neapol, Kalabria Apulia i te rzeczy.

Ku południowi rzut oka na nieskończoną mleczną dal jeziora Garda, na którym wiejący według zegarka wiatr stanowi niesłychaną atrakcję dla niezliczonych miłośników żagli. Ponieważ objechanie całego jeziora jest bardzo czasochłonne - polecamy skrócenie sobie drogi promem samochodowym z Maderno do Torri del Benaco, co też sami zrobiliśmy.

Atrakcja niezbyt kosztowna a umożliwia podziwianie wybrzeży z odpowiedniego dystansu. Na zachodnim brzegu można wybrać, którąś z niezliczonych knajp i odżałować nieco lirów na "włoską kuchnię" (czyli w naszym przypadku lasagne... sznycel, kurczak oraz piwo).


Na początek

 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4  |  5  |  6  |  7  |  8
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce