Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 23/11/8020 15:11:46 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Preludium
- Sorapiss
- Tofany
- Marmolada
- Sella i Piz Boe
- Powrót
- Porady


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : wspólnie Ewa, Marta, Maciej, Adam
 
Sella i Piz Boe czyli pic na wodę.
(Malga Ciapella - Passo Pordoi - Rif. Kostner - Piz da Lech - Rif. Kostner - Piz Boe - Rif. Kostner - Arraba)
 

Nazajutrz, już bez traumatycznych przygód komunikacyjnych, szczęśliwie łapiąc autobus w Canazei docieramy w Sellę. Cel - passo Pordoi (ok. 2250 m.n.p.m.). Jedyny problem - nie zdążyliśmy zrobić pełnych zakupów w Canazei. Łudzimy się, że na przełęczy znajdziemy sklep z żarciem. Na miejscu okazuje się jednak, że były to marzenia niepoprawnego optymisty. Kiedy komunikujemy tę mało radosną wieść chłopakom, wybuchają gromkim śmiechem, co wzbudza naszą sporą konsternację. Co zabawnego jest w fakcie, ze właśnie zjedliśmy ostatnią bułkę?

Jest jeszcze jedna rzecz która nam się uwidziała - mianowicie mostek w Selli. Głównym motywem wyjazdu w tę grupę, pominąwszy fantastyczny widok na pionowe flanki i kamienno-pustynny płaskowyż Selli z Marmolady, było zdjęcie wiszącego mostku pomiędzy dwoma ścianami, widziane gdzieś na kartce przez Martę. Po zasięgnięciu języka okazuje się że mostek owszem jest, ale w grupie Monte Cristallo - cóż, będzie następnym razem. Przecież musi coś zostać, żeby wrócić w Dolomity. Wyruszamy w trasę, tym razem pod schronisko Kostner (Kevin? Isolde?). W planie na ten dzień jest jeszcze Piz Boe, najwyższy szczyt, ale Tkaczyk znowu haniebnie wyprowadził nas w pole - wędrujemy prawie trzy godziny, zamiast dwóch. Po drodze mamy okazję obfotografować ze wszystkich możliwych ujęć Marmoladę, i popatrzeć na wejście w wyjątkowo trudną ferratę Caesare Piazzeta. Daje to źródło krótkim (i zakończonym negatywnym wynikiem) rozważaniom, czy się podejmujemy wyzwania. Tym razem odpuszczamy, przecież trzeba po coś wrócić (kolejny powód). Przy dojściu do schroniska temperatura niepokojąco spada, sypie gradem, więc melinjumy się w środku, z zamysłem wcięcia obiadu. Pokrzepieni zupą gulaszową - jedyną dostępną potrawą, bo nie wiedzieć czemu o 16 po południu (już ?!) nie gotują, decydujemy się na "spacerek" na Piz de Lech (2900 m.n.p.m.), wariant wejścia sympatyczna ferratką. Droga trudna (4), ale nie jesteśmy już nieopierzonymi żółtodziobami, zatem nie mamy problemów i znacznie skracamy przewidziany w przewodniku czas. Ponieważ tym razem mamy późny start (godzina 17), szczyt jest znowu do wyłącznej dyspozycji. Maciek zamiast wpisu zostawia w książce na szczycie kolejny kawał o Stirlitzu (Stirlitz wypoczywał w swoim tajnym berlińskim mieszkaniu. Nagle, z parapetu, spadł wazon, rozbijając się o głowę leżącego na łóżku Stirlitza. To tajny sygnał. Znak, że jego żona właśnie powiła mu syna. Stirlitz ukradkiem otarł ojcowskie łzy. Zatęsknił. Od siedmiu lat nie był w domu). Na zejściu znowu mamy grad, temperatura spada do 11 stopni, a wieczorne niebo ponuro i groźnie pokryte jest czarnymi chmurami. Pod schroniskiem czekają na nas plecaki, i decyzja, co z noclegiem. Jesteśmy twardzi - nie straszne nam 8 (już) stopni na termometrze, chociaż kusi ciepłe wnętrze schroniska i widok gości zasuwających kolację. My też gotujemy - bezczelnie na ławeczce koło schroniska, pomimo powszechnego we Włoszech zwyczaju płacenia za konsumpcję własnych kanapek koło schronisk. Całkiem słusznie zakładamy, że żaden normalny Włoch nie wyjdzie w taką pogodę na zewnątrz. Po kolacji ruszamy na upatrzone wcześniej miejsce - płaską, trawiastą nieckę, jedyne miejsce, gdzie da się postawić na namioty na kamiennej pustyni Selli na 2500 n.p.m. Tu właśnie podsumowujemy nasze noclegi - plany były na trochę campingów, trochę schronisk, a trochę na dziko, a tu okazało się że tych pierwszych jak na lekarstwo i tych ostatnich w ogóle. Nocleg we wszystkich schroniskach kosztuje ok. 60 PLN, a na Marmoladzie 120 PLN - to wciąż za dużo dla naszych, polskich kieszeni. Nieźle! W nocy i rano licytujemy się, kto w czym się kładł spać, a kto w co się ubierał w nocy, ale nie było tragicznie, bo woda w butelkach nie pozamarzała. Za to rano wita nas słońce - ekipa nie chce uwierzyć w poranną relacje w temacie pogody.

Wstajemy późno, stąd też stajemy się lokalną atrakcją dla turystów, dziarsko wędrujących od pobliskiego wyciągu zaraz koło naszego biwaczku, będącego w stanie totalnego bałaganu. Niektórzy nawet robią nam zdjęcia, niczym misiom w zoo lub ostatnim mohikanom gór (Włosi są zbyt wygodni), rozważamy więc pobór opłat. W planie na dzień jest Piz Boe. Zgodnie z biblią, która przewiduje trudności 3 i 4 stopnia zabieramy osprzęt, ale zostajemy ponownie zrobieni w konia. Wędrujemy, po raz pierwszy zresztą, w dzikim tłumie turystów, nie przypiąwszy się ani razu do lin, a spod kurtek dziarsko dyndają nam sznurki od spadochronów (w rzeczywistości słaba 2 - nieco trudno). Za to wyglądamy niezwykle profesjonalnie, w reszta na pewno myśli, że weszliśmy na górę przez Cesare Piazzetta. Na szczycie niemiłosierny tłok, schronisko, lotniarz i brakuje jeszcze przenośnego cyrku - bojkotujemy te górę i postanawiamy nie przybijać tradycyjnych "piątek" i nie robić zdjęć. Naprawdę ekspresowo, snując plany na przyszłe wakacje, schodzimy w dół, radośnie zjeżdżając po piargu - cała wycieczka zabrała nam 2 razy mniej czasu niż było przewidziane, więc tracimy resztki wiary w przewodnik. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że - mimo opisanych niedostatków - przewodnik Tkaczyka jest niezwykle pomocny (by nie powiedzieć niezbędny) i pozwala dobrze zaplanować wyprawę. Gdzieś właśnie w tej grupie górskiej, po kolejnym sms-ie od Ani, z którego wynikało, że znowu się minęliśmy o włos, poddajemy w wątpliwość jej istnienie. Podejrzewamy Maćka o szeroko zakrojone oszustwo, chociaż ten przekonuje, że spotkamy wirtualną Anię w autobusie do Polski. Wreszcie "góry porzucić trzeba" i schodzimy w dół do Arraby. Jeszcze zakupy, dobrze dopilnowane prze panów w kwestii wina i piwa, bo przed nami długa zielona noc, i rozbijamy się w lasku pod wioską, wyglądającym na ścieżkę spacerową dla mieszkańców. Wieczorem podsumowujemy wyjazd - zresztą niewiele trzeba mówić, wszyscy wiemy, że naprawdę się nam udało na 5 z plusem!

 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4  |  5  |  6
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce