Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 25/11/5245 15:11:59 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Preludium
- Sorapiss
- Tofany
- Marmolada
- Sella i Piz Boe
- Powrót
- Porady


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : wspólnie Ewa, Marta, Maciej, Adam
 
Marmolada tylko dla nas.
(Cortina d'Ampezzo - Malga Ciapella - Val. Ombretta - Rif. Falier - Biv. Marco del Bianco - Ferrata Marmolada - Punta Penia - Ferrata Marmolada - Biv. Marco del Bianco - Cime d'Ombretta - Ferrata Ombretta - Passo Ombrettola - Rif. Falier - Malga Ciapella)
 

Marmolada zaczęła się od historii pewnej podroży. Jedynym porannym połączeniem Cortiny z Malga Ciapella są 4 przesiadki, w kilkuminutowych odstępach, na dystansie ok. 150 km, zamiast 40 dzielących w prostej linii Passo Falzarego i ową dźwięcznie brzmiącą miejscowość. Ale kto zrozumie logikę włoskiej komunikacji autobusowej? Na dzień dobry z powodu korka przegapiamy pierwszą przesiadkę, mimo autobusu mającego rzekomo czekać. W związku z tym, nasza podróż przebiegała następująco: Cortina, Tai di Cadore (gdzie nastąpiła wysiadka, wypakowanie bagaży i wsiadka po przegapieniu autobusu), Calalzo (pociąg- wsiadka), Belluno (przesiadka na drugi autobus), Agordo (zmiana kierowcy autobusu), Cencenighe (zmiana autobusu na trzeci), Caprile (bez zmiany autobusu choć powinna była być według rozkładu), Malga Ciapella, i jesteśmy niecałą godzinę później niż planowo. Obiecujemy piwo dla tego, kto powtórzy z pamięci drogę. Wykończeni i z wilczymi apetytami plażujemy nad strumyczkiem (do otwarcia marketu po sjeście) i raczymy się melonem otrzymanym w podarku od rodzinki z drugiej strony brzegu (chyba są pełni podziwu dla rozmiarów naszych plecaków), po czym pożegnawszy uprzejmie słońce i powitawszy ulewny deszcz startujemy w 600 metrowe podejście doliną Ombretta, jedną z piękniejszych w Dolomitach. Po drodze mijamy symbioza zwierzęco - ludzką (agro-farma). Prawie spod nóg uciekają świstaki, grając na nerwach foto-łowcom (Marcie i Adamowi). Na koniec Marmolady było 2 do 1 dla świstaków. Dochodzimy do schroniska, na pytanie gospodarzy schroniska Falier o spanie, wykręcamy się niesprecyzowanymi zamiarami. Gospodyni nie daje się nabrać, i patrząc na nasze namioty, wskazuje w górę nad schroniskiem na potencjalny biwaczek. Tego wieczora odkrywamy, jak jest po włosku grzane wino ("caldo"), odkrywamy też, że oprócz zakupienia go w schronisku, dobrym źródłem będzie też karton ze sklepu, menażka, palnik i kartusz.
Na następne 2 dni planujemy wejście ferratą na Marmoladę i nocleg na biwaku Marco del Bianco, po czym spacer przez Cime d'Ombretta i Sasso Vernale doliną Ombrettola z powrotem. Plany uległy modyfikacji po tym, jak spotkaliśmy z rana na 9 osobowym biwaku 19 włoskich skautów. Robią tyle hałasu wokół siebie co banda co najmniej 100 przedszkolaków. Zostawiamy śpiwory, kartusze i zupki w biwaku z zamiarem zabrania ich tego samego dnia w drodze powrotnej do schroniska, i podchodzimy pod ferratę. Przed nami ciąg drabin, a na głowy sypie się grad. Idziemy, mimo bogatej ekspozycji, bez trudności, choć wędrówkę mocno utrudnia mokra skała i zimno. Marmolada słynie z tłumów, szczególnie Polaków, ale po drodze jakoś pusto. Tak samo na szczycie, ani żywej duszy. Stoi opisana w biblii budka gastronomiczna (właściwie jest to zwykłe schronisko, o czym nie wspomina przewodnik), oczywiście zamknięta na 4 spusty i... pięknie wmurowany w otaczające skałki, w pełni profesjonalny, kibelek, tyle że niepokojąco zawieszony nad przepaścią. Kto się odważy? Szukamy zacisznego miejsca na zrobienie kanapek, i wtedy odkrywamy, że drzwi z boku budy są zamknięte jedynie na zasuwkę i stoją otworem do małego pomieszczenia z pryczami, materacami i kocami. Hurra, zostajemy na noc! Tyle ze jest 3 po południu, a przed nami 16 godzin do rana o kilku kanapkach na 4 głodne paszcze. Za to panowie wnieśli piwo, a Adam, ku zachowaniu kultury w każdej sytuacji, wyciąga podstawki pod piwo z kieszeni kurtki. W ciągu 16 godzin co najmniej 7 razy odwiedzamy odległy o 50 metrów wierzchołek Marmolady, Punta Penia. Jest na tyle zimno, że ubieramy się we wszystko co mamy, wyciągając czapki uszatki (patrz kawał o Stirlitzu, a Marta miała autentyczną uszatkę). Palimy nawet ognisko. Ale z ogniskiem to było tak: najpierw wpadł jakiś Włoch, jedyna żywa istota oprócz nas i ptaków na Marmoladzie tego popołudnia. Został obcesowo zagadnięty o kartusz (mieliśmy zupki do zalania wrzątkiem i palnik), a potem o garnek ("pentola"). Kartusza nie miał, ale pokazał nam drewutnię, pentolę obiecał i powiedział, że zaraz wróci z dwoma kolejnymi osobami. Odwrócił się na pięcie i zniknął. Ambitnie zabraliśmy się do palenia ognia. Nasze ognisko, osłonięte poprzewracanymi stołami, rozpalone gazetą ("Express Bydgoski") ofiarnie suszoną własnym ciałem na brzuchu przez Adama i drzazgami rąbanymi przez Martę, no i ostatnią zamokniętą zapałką, (posłużyła do rozpalenia 2 świeczek na zapas; druga trzymana była w budynku, a pierwsza niesiona niczym ogień olimpijski do stosiku drewna), było powodem do prawdziwej dumy. Tyle że daremnej, skoro i Włocha i co gorsza pentoli ani śladu. Dobrze, że nie spotkaliśmy go następnego dnia, bo pewnie by oberwał. Potem była jeszcze lektura resztek zasłużonego Expressu, płacząc od dymu przy ogniu, komisyjna kolacja i karty dla zabicia głodu.
Następnego dnia wprawdzie przespaliśmy wschód słońca, ale cudny słoneczny poranek wita nas nad chmurami. Czujemy się prawie jak na dachu świata, a przynajmniej Dolomitów. Bez śniadania, wcześnie rano, schodzimy w dół. Mamy tylko nadzieje że nie natkniemy się na nikogo, kto by nam radośnie opowiedział że znalazł po drodze bezpańską reklamówkę z kupą żarcia. Spotykamy za to naszych u wejścia na ferratę, już wiemy, że jeśli jacyś ludzie są na ferratach bez sprzętu (uprzęży), to znaczy że na pewno rodacy. Wreszcie jest żarcie, śniadanie i wino dla wzmocnienia nadwątlonego morale!
Za to popsuła się pogoda, i na pobliskie Cime d'Ombretta (3008 m.) wchodzimy już w deszczu. Próbujemy przegraniować na Sasso Vernale, zamiast obchodzić naokoło polodowcową dolinką, ale drogi ani śladu (kategoria "kamzik"). Dopiero na dole odkrywamy błąd - na mapach Tobacco czerwone krzyżyki oznaczają ferraty, ale czarne granice regionów ("droga" na Sasso była w czarnych krzyżykach). Po drodze schodzimy króciutką ale ciekawą i stromą ferratką (4) w potokach spływającej wody (nawiasem mówiąc, tu Marta otrzymała wielce pomocną radę od Adama, pytając go, jako pierwszego na ferracie, jak udało mu się to przejść. Odpowiedź: "trzeba było patrzeć" zaliczyliśmy do wyprawowej klasyki). Podchodzimy pod przełęcz Ombrettola, deszcz uparcie pada, i melinujemy się na odpoczynek w jaskini, co okazało się nieszczególnie udanym pomysłem. Jaskinia była otwarta na przestrzał i przypominała pod względem wiatru ciąg kominowy, do tego stopnia, że panowie zarzucili myśli o podejściu na Sasso Vernale od przełęczy Ombrettola. Za to na rozgrzewkę, po przyśpieszonym zejściu w dół, nie żałujemy sobie 3 razy repetto "vino caldo" w schronisku Falier. Wieczorem nauczeni doświadczeniem z Cortiny, nocujemy bezpłatnie 5 metrów od campingu w Malga Ciapella, korzystając w pełni z jego infrastruktury.

 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4  |  5  |  6
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce