Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 23/11/5156 15:11:47 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Co? Gdzie? Kiedy?
- Nasza wyprawa
- Podróż
- Sprzęt
- Porady


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Magdalena Budych i Łukasz Górzny
 
Nasza wyprawa
 
PRZYGOTOWANIA
To był nasz "pierwszourlopowy" wyjazd. Pomysł zrodził się pewnego pięknego, czerwcowego dnia, gdy podróżując palcem po mapie trafiliśmy na pasmo Dolomitów. Słyszeliśmy o nich wcześniej. Tak! Tam właśnie musimy pojechać. Zaczęły się przygotowania. Kondychę trzeba było poprawić, stawy rozruszać ... Myśl o wyjeździe dodała nam takiej energii, że byliśmy w stanie codziennie biegać. Acha, sprzęt - przecież najważniejszy: uprzęże- od Żarka i Franka; karabinki i lina- trzeba kupić; kaski- firmowe, budowlane. Nie potrafiliśmy mówić i myśleć o niczym innym ... Ale będzie fajnie!!!

PODRÓŻ W DOLOMITY
Nadszedł dzień wyjazdu. Do Grabic koło Gubina dotarliśmy samochodem. Tam spędziliśmy noc u rodziny. Rankiem udaliśmy się do Guben. Zapakowaliśmy się do pierwszego tego dnia pociągu mając świadomość, że w pociągach upłynie nam cały dzień. Wieczorem, około 21.30 mieliśmy dotrzeć do Mittenwald - blisko granicy z Austrią. Dalej plany nie były sprecyzowane. Nawet nie wiedzieliśmy, gdzie spędzimy noc. Tymczasem jechaliśmy kolejnymi pociągami przez Niemcy. Upał był niemiłosierny. Nie chcielibyśmy w takiej pogodzie podróżować polskimi pociągami. I wreszcie, na koniec dnia, pojawiły się ONE - olbrzymie skały, ogromne emocje, radość i wzruszenie (uwielbiam góry). Postanowiliśmy noc w Mittenwald spędzić pod chmurką, oglądając gwiazdy i ciemne kontury szczytów... Rozłożyliśmy karimaty na łące (poza miasteczkiem). Było ciemno. Emocje nie pozwalały nam zasnąć, aż w końcu... około 1.00 obudziła nas burza, zaczynało padać. Akcja błysk: w świetle latarek zebraliśmy się do kupy, pozbywając się ślimaków, które wygrzewały się w naszych śpiworkach!!! Resztę nocy spędziliśmy na dworcu. Ulewa chwilowo spłukała z nas nadmierny entuzjazm. Rano deszcz nieustanny, a my chcemy dalej STOPEM. Nawzajem powtarzaliśmy sobie głośno: na pewno się wypogodzi. Opuściliśmy cieplutki dworzec i ... deszcz ustał. Zrobiliśmy ogromny napis ITALY i do roboty. Modliliśmy się tylko, żebyśmy nie musieli tak machać tymi rękami do wieczora. Po niespełna 10 minutach o mało nie połamaliśmy nóg biegnąc do zatrzymującego się samochodu. "Byle się tylko nie rozmyślili" - myśleliśmy. "We are going to Italy. Could you take us?"- spytałam faceta i kobietę siedzących w aucie. Ja po angielsku - oni po niemiecku. Słowo kluczowe - ITALY - wystarczyło jednak i za moment mkneliśmy tunelami i mostami, przemierzając centrum Alp. Nie mieliśmy pojęcia, do którego miejsca na naszej trasie do Włoch nas podwiozą- nie rozumieliśmy za bardzo co do nas mówią, znali tylko niemiecki. Potem były następne słowa kluczowe - DOLOMITEN, CORTINA d'AMPEZZO. Po około 3 godzinach jazdy stanęliśmy przed campingiem "Olympia" w Cortinie d'Ampezzo... Byliśmy oszołomieni - Ci mili państwo zmienili plany wakacyjne zawożąc nas na pole namiotowe, na którym planowaliśmy się zatrzymać. NIESAMOWITE!

PIERWSZY DZIEŃ W CORTINIE
Blask słońca odbijającego się od jasnych wapiennych skał raził nas niemiłosiernie, oczy łzawiły, brak okularów dawał się we znaki. Oślepieni staliśmy tak, staliśmy i staliśmy zadając sobie pytanie: Czy to napewno już? Tak szybko? NIEMOŻLIWE! Kwatera nr 65 spokojnie zmieściłaby 5 takich namiotów jak nasz, zatem mieliśmy "duże pole do popisu". Namiot rozbiliśmy błyskawicznie- wyglądał trochę śmiesznie na tle okazałych przyczep campingowych, ale co tam! Do środka władowaliśmy dwa stelaże z całym ekwipunkiem i dopiero wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie my się pomieścimy? Ściśnięci jak sardynki w puszce spędziliśmy w naszym małym niebieskim domku całe 6 kolejnych nocy. Namiot pękał w szwach, więc jakiekolwiek zmiany pozycji były ryzykowne, groziły zawaleniem namiotu i odbywały się na komendę w trybie zsynchronizowanym. Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że trzeciej nocy zaczęliśmy tonąć. Tropik okazał się całkowicie PRZEMAKALNY. Ale o tym później. Dzień przyjazdu potraktowaliśmy jako rozpoznawczo-aklimatyzacyjny. Zwiedziliśmy centrum Cortiny, kupiliśmy najdroższy chleb w życiu - bochenek za 4,5 euro (w jedynym sklepie otwartym w niedzielne popołudnie), ustaliliśmy trasę wędrówki na dzień następny i wcześnie poszliśmy spać, aby odpocząć i nabrać sił po podróży.

W GÓRACH!!!
Wybraliśmy szlak rozpoczynający się bezpośrednio przy naszym polu namiotowym. Droga była wyjątkowo paskudna - las, duszne powietrze, ciągłe lokalizowanie znikającej z oczu trasy. Zniecierpliwieni całą sytuacją, nie zważając na nic resztę drogi do schroniska Rif. Pomedes pokonaliśmy wdrapując się stromym stokiem narciarskim. Totalnie zmordowani, po niemalże 4 godzinach marszu stanęliśmy wreszcie pod upragnioną ferratą. Jednak niewiele tego dnia zdziałaliśmy. Ciemne chmury kłębiące się nad szczytami zmusiły nas do powrotu. Zdążyliśmy jednak zasmakować szlaku umocnionego stalowymi linami (Sentiero Oliveri) i zaliczyliśmy pierwszą drabinę na około 2500m n.p.m. Następny ranek - bynajmniej nie słoneczny - trochę nas zdezorientował. Punta Anna, czy Lipella nie kwalifikowały się absolutnie na zapowiadający się deszczowy dzień. Siedząc skuleni nad rozwiniętą mapą, w tonącym powoli namiociku, staraliśmy się nie tracić ducha. No i wreszcie niebiosa uraczyły nas skromnym przejaśnieniem. Nowy pomysł - Col Rosa. Wyjście miało odmienny charakter - zamiast podziwiać piękne, zapierające dech w piersiach widoki, mogliśmy liczyć kozice i kochające wilgoć jaszczurki, których były tuziny. Niestety deszczowa pogoda i nisko wiszące chmury spowodowały, że do szczytu nie doszliśmy. Jako, że ja zawsze w przypadku gór czuję niedosyt, w drodze powrotnej wymyśliłam zrobienie jeszcze Ferraty Barbara. Ogromny wodospad, pod którym przechodził szlak, kruche, czerwone (wapienne) skały, obsuwające się pod stopami; ogłuszający szum spadającej wody zrobił na nas duże wrażenie i rozwiały pączkujące rozczarowanie i smutek. Nocą nadciągnął silny wiatr, który nie tylko rozwiał chmury, ale również wysuszył namiot (i uchronił nas przed niechybnym przemoczeniem). Rankiem ogromną radość rozbudziło w nas wschodzące słońce i turkusowe niebo. Szybkie śniadanko w postaci chleba-nic typu gąbka z krajową puszką oczywiście bez masła, które szlag trafił, i mocna kawa postawiły nas na nogi. Kierunek: Ferrata Strobel. Podejście pod ferratę przyjemne, tym razem według oznaczeń, bez żadnych desperackich skrótów. Widok ludzi zakładających sprzęt: uprzęże, kaski itd. uświadomił nam, że właśnie od tego miejsca zaczyna się najbardziej emocjonująca część szlaku. Przygotowaliśmy się również, nie przypuszczając jakie atrakcje czekają nas wyżej... Patrzyliśmy, odczuwając lekki dreszczyk emocji, na osoby, które kolejno z kocim sprytem pokonywały kilku metrowy pion znikając gdzieś między skałami. Zostaliśmy tylko my i dwie Włoszki z Włochem. Nie czekając, aż tamci będą gotowi, poszliśmy pierwsi. Jeden krok, drugi krok, spojrzenie w dół, tak w dół ... zawrót głowy i zawracamy. Zeszliśmy. Szybka wymiana zdań (po angielsku), kilka pytań do pana Włocha. Wyżej oczywiście będzie jeszcze gorzej. No cóż, chyba nie pójdziemy dalej. Odwaga - jakaż ulotna. Ale ciężko rezygnować ... Próbujemy ponownie, pozytywnie nastawiają nas słowa Włocha, że te panie też początkujące. Serce biło jak oszalałe. Cały czas - pełna koncentracja. Dla nas duży wysiłek fizyczny i psychiczny, ale lubimy wyzwania. Takie zmaganie się ze zmęczeniem i strachem buduje człowieka, dodaje energii, daje możliwość poznania samego siebie i rozwija umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Myślę, że te wszystkie doświadczenia w pewien sposób kształtują człowieka i ułatwiają codzienne życie. Podczas właściwie całej drogi na szczyt myślałam tylko o tym, w którym miejscu postawić stopę, jak ułożyć ciało, gdzie się wpiąć żeby było OK. Wcześniej wspomniany Włoch, który nakłaniał nas do powrotu na ferratę okazał się być przewodnikiem owych dwóch kobiet. Człowiek niesamowity. My trzęśliśmy portkami, a facet większość trasy przemierzył bez ubezpieczenia. Czuł się chyba za nas odpowiedzialny, bo cały czas kontrolował nasze poczynania, a w razie potrzeby instruował nas i pomagał. Kiedy wreszcie stanęliśmy na szczycie odetchneliśmy z ulgą, ale jednocześnie poczuliśmy dużą satysfakcję. Krótko po nas na szczyt dotarła dwójka młodych ludzi, jak się okazało - z Polski. Jeszcze tego samego dnia, a raczej wieczoru, piliśmy włoskie wino przy świetle księżyca na polu namiotowym. Trasę na następny dzień ustaliliśmy już wspólnie. Mimo, że się zarzekałam, że z ferratami koniec, bardzo entuzjastycznie przyjęłam pomysł przemierzenia ferraty IVANO DIBONA. Szlak IVANO DIBONY jest najbardziej emocjonujący na początku. Jazda wyciągiem w postaci kolorowych kapsuł na dwie osoby wywarła na nas duże wrażenie. Pokonaliśmy, tym sposobem, trasę od schoniska SON FORCA (2215m n.p.m.) do schroniska LORENZI (2950m n.p.m.). Podróż w kapsule trwała około 15min., a wydawałoby się, że mijają wieki, a my jedziemy i jedziemy. Z każdą minutą robiło się coraz chłodniej. Oboje drżeliśmy częściowo z zimna, a częściowo ze strachu... W końcu stanęliśmy na "lądzie". Temperatura tylko 5st.C, podczas, gdy w schronisku niżej było aż 20st.C. Szybko ubraliśmy się w polary i kurtki - mimo to jakaś nienaturalna siność malowała się na naszych twarzach. Wiedzieliśmy, że za moment będziemy zmuszeni pokonać 35m most zawieszony nad przepaścią na wysokości około 3000m n.p.m. Most wił się jak wąż boa. Przy każdym kroku miało się wrażenie jak gdyby miał zamiar wymknąć się spod naszych stóp. Po kilku minutach most był tylko wspomnieniem, a nasze facjaty nabrały zdrowego wyglądu. Ferrata prowadziła cały czas granią, dzięki czemu mogliśmy podziwiać niesamowite widoki. Trasa bogata była w ruiny fortyfikacji z I wojny światowej, a najwyższym szczytem, na którym stanęliśmy było Cristallino - 3025m n.p.m. Kolejne dwa dni przyniosły deszcz. Odpoczywaliśmy, jedliśmy lody włoskie, odwiedziliśmy pobliskie miasteczko, po czym tracąc nadzieję na poprawę pogody, zwinęliśmy namiot i ruszyliśmy do Villach osuszyć się u naszego kolegi, który tam mieszka i pracuje. Drogę z Cortiny do Villach pokonaliśmy oczywiście stopem.
 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce