Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 23/11/4609 15:11:47 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Wstęp
- Tre Cime
- Tofany
- Marmolada
- Koniec


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Tomasz Słomiński
 
Marmolada
 
Podróż z Cortiny do Canazei wiedzie przez dwie wysoko położone przełęcze i przez to zajęła nam prawie cały dzień. W Canazei spotkaliśmy przyjaciół, którzy jeszcze z nami wyjeżdżali z Polski, jednak później nasze drogi się rozeszły, ponieważ ich cele były nieco inne - wielkościanowa wspinaczka sportowa. Spotkanie nastąpiło na środku szosy podczas mijania się w przeciwnych kierunkach. Przez to o mały włos nie doszło do karambolu, bowiem odruchowo zatrzymaliśmy samochody co z trudem udało sie jadącym za nami. Spotkanie to okazało się dla nas całkiem fortunne, ponieważ nasi znajomi załatwili nam kwaterę prywatną (gdzie zresztą sami nocowali) za jedyne 5000 lirow od osoby (10zl.). Wprawdzie nie było w niej ciepłej wody, ale i tak po prawie dwóch tygodniach spania w namiotach i kąpieli w strumieniach wydawała się prawie pałacem. Postanowiliśmy pozostać tam przez pięć dni. Oczywiście trzeba było uczcic spotkanie, wiec pospieszyliśmy do supermarketu po odpowiednie ku temu artykuly. Tu należy wspomnieć, iż we Włoszech obowiązuje siesta i w godzinach 12-15 wszystkie sklepy, bary, kioski, itp. są pozamykane na cztery spusty. Za to po otwarciu sklepy czynne są często nawet do 21, a w barach można balować jeszcze grubo po północy. Jeżeli chodzi o zaopatrzenie to warto korzystać z jak największych supermarketów, są one bowiem najtańsze. Ceny we Włoszech są z reguły wyższe niż w Polsce (pieczywo jest bardzo drogie, należy go zabrać jak najwięcej z kraju), aczkolwiek bywają wyjątki, np. włoski makaron jest dużo tańszy i o wiele lepszy. Dużo tańsze są także alkohole. Markowe trunki w stylu whisky, ginu czy koniaków są o 50% tańsze niż u nas, a gdy trafi się okazja to nawet jeszcze bardziej. Wyśmienite wina obiadowe sprzedawane są w kartonikach lub nawet w pięciolitrowych butelkach i kosztują tyle, ile u nas soki owocowe. Udało się nam kupić taką pięciolitrową butlę za niecałe 10000 lirow. Tylko piwo jest w cenie zbliżonej do polskiego. Można wprawdzie kupić tańsze piwa nieznanych marek, ale są to z reguly marne "sikacze". Wracając do naszego spotkania, to świętowanie przebiegło we wspaniałej atmosferze i tylko na drugi dzien jakoś nikomu nie chciało się ruszyć z wyrka. Postanowiliśmy odpuścic sobie zdobywanie największego szczytu Dolomitów na kacu i wymyśliliśmy nieco inną wycieczkę. Pojechaliśmy na przełęcz Paso Pordoi (2239), skąd zaatakowalismy podobno najłatwiejszy z trzytysięczników w Dolomitach - Piz Boe (3152). Niestety pierwsze sześćset metrów podejścia wiedzie ogromnymi piargami spadajacymi ze stoków masywu Sella, w którym ten szczyt jest położony. Naprawdę odradzam wszystkim wybierającym się w Dolomity planowania podejść przez piargi. Trzeba mieć prawie masochistyczne zacięcie, aby nie zrezygnować w momencie gdy po dwóch postawionych krokach w góre zjeżdża się o jeden w dół. Na szczęscie na końcu tego podejścia czekało na nas schronisko i całe szczęście, bo akurat zaczęło kropic. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w drugą część trasy. Faktycznie od tego miejsca nie napotkaliśmy na żadne trudności oprócz krótkiego gradobicia na samym szczycie Piz Boe. Gdy wreszcie przestało walić i chmury nieco się podniosły ujrzeliśmy dookola niesamowity widok. Otóż prawie w calym masywie Selli nie rosną żadne rośliny. Jednolity, skalny krajobraz nieodparcie wywołuje myśl, iż znajdujemy się na Księżycu. I tylko ludzie bez skafandrów tu nie pasują. W czasie drogi powrotnej odkryliśmy, iż znienawidzone przez nas w czasie podejścia piargi świetnie nadają się do zejścia. Sześćsetmetrową różnicę wzniesień, ktora w podejściu zabrała nam ponad dwie godziny, pokonaliśmy zjazdami na butach w piętnaście minut. Majac dobre buty (ważne, kamienie czasem są bardzo ostre!) można na piargach nawet latem poćwiczyć zjazdy narciarskie. Rozwijane przez nas prędkości byly tak duże, że czasem ruszała razem z jadącym mała kamienna lawinka i trzeba było szybko hamować lub uciekać w bok. Przednia zabawa. Nasze nastroje jeszcze bardziej poprawiły pozostałe po nocnej imprezie trunki, którymi raczyliśmy się po powrocie. Na nastepny dzień zaplanowaliśmy atak na Marmoladę.

Miejscem, z którego większość turystów wychodzi na ten szczyt jest jezioro Lago di Fedaia powstałe pomiędzy dwoma zaporami na szczycie przełęczy Paso di Fedaia. Jezioro to jest zasilane wodami z topniejącego lodowca Marmolady, który jest też największym lodowcem w Dolomitach. Większość turystów korzysta tutaj z kolejki, która kursuje do stóp lodowca, na wysokość 2626 metrow. Można tam oczywiscie podejść szlakiem, lecz wycieczka taka nie jest zbyt ciekawa. U stóp lodowca, gdzie znajduje sie schronisko Pian dei Fiacconi rozchodzą się dwa możliwe warianty podejścia. Pierwszy z nich wiedzie bezpośrednio lodowcem, jednak do jego pokonania niezbędne są raki, czekany, liny i mnostwo innego sprzętu którym nie dysponowaliśmy. Dlatego tez wybraliśmy wariant drugi. Trawersuje on szczyt u podnóża lodowca, a następnie jego zachodnim ramieniem wyprowadza na przełęcz Forcella della Marmolada (2896). Wielu wrażeń przysporzyło nam przejście odgałęzienia lodowca, na ktorym trzeba bylo obchodzić liczne szczeliny, a buty ślizgały się na zmrożonym śniegu. Do przełęczy można dojść bez żadnego sprzętu, ale dalej zaczyna się już ferrata i musieliśmy przywdziać uprzęże i kaski. Ferrata jest dość trudna w wejściu i chyba jeszcze trudniejsza w zejściu. Pokonuje niemal pionowe płyty i bardzo powietrzne granie wyprowadzając w końcu na śnieżne pola pod samym szczytem. W schronisku na szczycie (3343) można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o słynnych Polakach, którzy go zdobyli. Był tu papież Jan Paweł II, a jeszcze wcześniej wspinał się na kilometrowej wysokości południowej ścianie Marmolady największy polski alpinista - Jerzy Kukuczka. Niestety pogoda popsuła nam całą radość ze zdobycia szczytu. Nisko zalegające chmury skutecznie uniemożliwiły podziwianie widoków i tylko przez moment udalo nam sie ujrzeć powierzchnie leżącego w dole jeziora od którego wyruszyliśmy. W czasie zejścia zostaliśmy dodatkowo "ostrzelani" spadającymi z góry kamieniami, z którymi kontakt był raczej bolesny. Z powodu kiepskiej pogody następny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek i zwiedzanie barwnych miasteczek w dolinie Val di Fassa.
 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce