Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 25/11/8998 15:12:00 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Wstęp
- Tre Cime
- Tofany
- Marmolada
- Koniec


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Tomasz Słomiński
 
Tre Cime
 
W poszukiwaniu pierwszego noclegu wyjechaliśmy z Cortiny w stronę miejscowości Pieve di Cadore i już po zapadnięciu ciemności na biwak wybraliśmy mały placyk położony pomiędzy główną drogą a lasem w miejscowości San Vito di Cadore. Jakież było nasze zdumienie rano, gdy okazało się iż jest to placyk przed kościolem położonym niemal w centrum tej miejscowości. Na szczęście wstaliśmy przed szósta i szybciutko zwinęliśmy namioty, tak, że nikt nawet nie zauważył naszego noclegu. Jako cel pierwszej pieszej wycieczki wybraliśmy Tre Cime di Lavaredo położone w grupie Dolomiti di Sesto, które to szczyty są niejako symbolem całych Dolomitów (tak jak za symbol Tatr można uznać Giewont). Szosa prowadzi praktycznie do podnóża tych kolosów (szczyt najwyższego osiąga 2999 m. npm.), ale niestety jest płatna (ok. 50zl. za samochód osobowy). Kończy się ona przy schronisku Auronzo (2320), skąd spacerkiem można przejść do schroniska Tre Cime aby podziwiać przepiękne widoki. Po krótkim odpoczynku można spokojnie tego samego dnia wrócić do domu. Jest to typowa trasa dla japońskich wycieczek z mnóstwem sprzętu wideo-fotograficznego. My jednak postanowiliśmy oszczędzić kilka lirów i podejść do schroniska Tre Cime zupełnie inną drogą. Zeszliśmy na początek doliną Val de Rinbianco z początku bardzo rozległą i porośniętą kosówką, później zwężająca się do niebezpiecznie czasem wąskiej ścieżki na stromym stoku do miejsca jej połączenia z doliną Val Rinbon. Z powodu zmęczenia dwudniową jazdą samochodem i ciężarem plecaków, do którego jeszcze nie przywykliśmy postanowiliśmy tam zabiwakować. Świeża i zimna woda z potoków doskonale nas orzeźwiła, a niedaleko nas na nocleg rozlożyło się także kilku Czechów. Przed zmierzchem trochę pokropiło, co często się zdarza w tych górach, ale na drugi dzień wychylając głowy z namiotów ujrzeliśmy piękne, bezchmurne niebo. Dolina Val Rinbon podeszliśmy około 900m do schroniska Tre Cime. Dla w miarę sprawnego piechura jest to łatwe zadanie, lecz nasz podziw wzbudziło dwóch Anglików, którzy tę wąska czasami ścieżkę górska pokonywali na rowerach.

Dolomity są w zasadzie górami dla każdego. Jest tutaj mnóstwo łatwych i przepięknych szlaków dla zwykłych turystów, którzy po prostu lubią szwendać się po górach jak i wiele ubezpieczonych tras wspinaczkowych (tzw. Via Ferrata, czyli: żelazna droga) dla amatorów mocniejszych wrażeń. Ubezpieczenia te polegają na zainstalowaniu stalowej liny w trudnych miejscach lub wręcz często na całej trasie oraz metalowych klamer i drabin ułatwiających wspinaczkę w najtrudniejszych momentach. Lina stalowa służy głównie do asekuracji poprzez przypięcie się do niej przy pomocy specjalnego zestawy karabinków z płytką hamująca (do nabycia w każdym dużym sklepie sportowym). Oczywiście wspinacz musi być ubrany w uprząż oraz (zalecane, aczkolwiek niekonieczne) pas piersiowy. Niezbędny jest także kask, ponieważ na wielu trasach można dostać w głowę kamieniem strąconym przez wspinaczy będących wyżej. Potrzeba wykorzystania takiego sprzętu istnieje jednak tylko na trudniejszych drogach. Jeżeli chodzi o trudnosci to często są one znaczne. Dariusz Tkaczyk w swoim przewodniku proponuje sześciostopniową skalę trudności poczynając od "bez trudności" a kończąc na "wyjątkowo trudno". Dla przykładu najtrudniejsze odcinki Orlej Perci w Tatrach można ocenić według tej skali jako "dosyć trudno" (trzeci stopień trudności). Jednak drogi wyjątkowo trudne są spotykane bardzo rzadko, a w dużej częsci pozostałe drogi dostępne są dla każdego turysty z zacięciem sportowym.

Niedaleko schroniska Tre Cime, przy którym zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek znajduje się szczyt Torre di Toblin, na którego wierzchołek prowadzi ponad dwustumetrowa ferrata zwana Drogą Drabin. Właśnie ją obraliśmy jako naszą pierwszą "treningową" drogę. Jako, że część z nas była zbyt zmęczona i postanowiła poczekać przy schronisku mogliśmy pozostawić ciężkie plecaki i pójść na ferratę na lekko. Wiedzie ona poprzez półki i trawersy do systemu drabin zainstalowanego w kominie, ktory poprzez ściankę w końcowej części wyprowadza nas na sam szczyt. Miejscami trzeba poruszać się w dużej ekspozycji, co dla osób z tym nieobytych może być źródłem wielu emocji. Szczyt z dołu wydaje się być nieosiągalny, ale ferrata ta jest oceniana na "trudno" (czwarty stopień). Cała wspinaczka trwa niecałą godzinę, a ze szczytu możemy podziwiać piękną okolicę schroniska. W dół prowadzi łatwiejsza droga, na której nie trzeba już (choć można) używać asekuracji. Po zejściu z powrotem do schroniska wróciliśmy do samochodów już opisanym "japońskim" szlakiem i skierowaliśmy się ku naszemu następnemu celowi: na przełęcz Paso Falzarego. Niestety pogoda popsuła się i przez cały dzień siedzieliśmy w barze lub w samochodach czekając na poprawę. Drugiego dnia było już nieco lepiej, ale nadal siąpił niemiły kapuśniaczek. Mimo to postanowiliśmy wybrać się na szczyt Lagazuoi Piccolo (2752), oczywiście pieszo, a nie kursująca nań co pół godziny kolejką. Atrakcją tego wejścia miał być fakt, iż duża część drogi podejściowej prowadzi galerią lub też raczej tunelem wykutym w skale przez włoskie wojska podczas walk prowadzonych z Austriakami podczas I Wojny Światowej. Tunel ten wydrążono, aby wysadzić w powietrze caly szczyt, z ktorego Austriacy doskonale kontrolowali położoną poniżej przełęcz. Po nużącym podejściu piargami i wejściu wśród skały należy uważać, aby nie przeoczyć niskiego wejścia do tego tunelu, co nam sie przydarzyło. Nieświadomi niczego podążyliśmy dalej ścieżką wiodącą wąskimi skalnymi półkami wśród starych umocnień z czasów wojny. Nawet znaleźliśmy na jej końcu jakiś tunel, ale po kilkudziesięciu metrach stał się on niemożliwy do przejścia i musieliśmy się wycofać. Dopiero, gdy spośród chmur wychynął nad naszymi głowami wagonik kolejki zorientowalismy się gdzie jesteśmy. Wracając po własnych śladach już bez trudu znaleźliśmy otwór właściwego tunelu, którym wyszliśmy na sam szczyt (bardzo przydatne były nasze czołówki, ponieważ oprócz rzadkich okien w ścianach tunel nie jest oświetlony). Podczas powrotu padła propozycja, aby zanocować w biwaku Bivacco della Chiesa. Biwaki takie sa to metalowe kapsuły lub małe domki pasterskie położone wysoko w górach, w których można przenocowac. Z reguły są tam metalowe prycze i koce, problemem jest natomiast brak wody w pobliżu wielu z nich. Padający deszcz i nieprzenikniona mgła zniechęciły jednak część osób do poszukiwania biwaku i zeszły one, aby przenocowac w samochodach (namioty przemoczyliśmy poprzedniej nocy). Tym, którzy zdecydowali się szukać biwaku sprzyjało szczęście i spędzili oni noc na wysokości 2652m npm. Następnego dnia z powodu braku oznak poprawy pogody wszyscy postanowili wybrać się na wycieczkę do oddalonej o 150km. na południe Wenecji. Spędziliśmy tam trzy dni zwiedzając miasto i wygrzewając się na plaży.
 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce