Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 25/11/5015 15:11:59 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Wstęp
- Rozdział 1
- Rozdział 2
- Rozdział 3
- Rozdział 4
- Rozdział 5
- Rozdział 6
- Informacje praktyczne


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Michał Kalisz
 
Pierwsze kroki ( wcale nie jest tak źle ! )
 

1. Nasze obawy się nie sprawdziły autokar Warszawa - Kraków jest nowoczesny, a kierowca sprawnie pokonuje polskie wyboje na drodze krajowej z Warszawy do Krakowa. O dziwo w autokarze znajdują się tylko 2 osoby ( my ). Czy jest to opłacalne dla firmy wozić 2 osoby autokarem 40 miejscowym ? Jadąc autokarem żałuje, że mogę zająć maksymalnie 4 miejsca leżąc. Myślimy, że z Krakowa będzie również luźno. W Krakowie okazuje się, że nie będzie luźno - wszystkie miejsca zostały zajęte i z niewielkim opóźnieniem zaczynamy podróż do Wenecji. Autokar jest naprawdę wysokiej klasy : barek, wc, klima, video. Załoga częstuje nas filmem "Miś", teksty jak zwykle znakomite i nie nudzimy się w drodze. Bawi nas dziwne zachowanie celników austriackich, którzy sprawdzają wszystko aż nazbyt dokładnie : muszę rozpakować plecak, co jest naprawdę uciążliwe. Jarek pokazuje swój kask i uprząż i zostaje natychmiast zwolniony z dalszej kontroli... no cóż.
     Po przejechaniu granicy czesko-austriackiej mamy ze 3 godziny spóźnienia. Chyba nie zdążymy na pociąg do Belluno, ale jak się okazuje kierowca rozwija niezłe prędkości i w rezultacie dojeżdżamy do Wenecji 30 minut przed rozkładem ok. 6.30. Idziemy na dworzec i odjeżdżamy do Belluno, dużego miasteczka na południu Dolomitów, z którego wystartujemy na nasz szlak. W pobliżu dworca nie możemy znaleźć nigdzie map, no cóż pojedziemy bez nich i kupimy sobie w schronisku. Z trudem udaje nam się dogadać, z którego przystanku mamy wyruszyć autobusem. Koniec końców dojeżdżamy do jakiś peryferii Belluno, robimy zakupy ( a to dziwo - pieczywo sprzedają na kilogramy ). Wyruszamy w kierunku parkingu Case Bordot. Zanim jednak tam doszliśmy nasze plecaki stały się tak ciężkie, że musiałem odczepić namiot i nieść go na rękach co wyraźnie odciążyło plecy i pozwalało iść do przodu. Po drodze kombinujemy gdzie będziemy spać : może bivacco Sperti, może namiot, a może coś co jest narysowane na poglądowej mapce jako biwak koło schroniska Rif 7. Alpini, nie mamy tego czegoś jednak opisanego w przewodniku...      Idziemy do góry dziką doliną, nigdzie nie widać gór ?!. Wreszcie po kilku godzinach marszu i odpoczynków ( chyba połowę czasu stanowiły odpoczynki ), pojawia się masyw Schiary, ogromny mur skalny wysokości ok. 1km, stanowiący bastion wydawało by się nie do przebycia, a przecież gdzieś przez tą ścianę prowadzą 3 znakomite ferraty i jedną z nich mamy właśnie zamiar pokonać. Wygląda to jednak groźnie i ponuro szczególnie że zaczyna padać deszcz i trochę grzmi. Mimo deszczu jest dość ciepło. Wreszcie po 5 godzinach ( zamiast przewodnikowych 3,5 ) dochodzę do schroniska, jest super. Udaje mi się nawiązać kontakt po angielsku z synem właścicielki schroniska, mówi bardzo słabo zresztą tak jak większość Włochów, ale za pomocą mapy ( którą wreszcie mogłem kupić - cena ok. 10.000 lirów ) i rąk udaje mi się ustalić, że dziś nie mamy szans na dojście do bivacco Sperti. To coś co było zaznaczone jako biwak przy schronisku to w zasadzie szopa na narzędzia. Ale dostajemy pozwolenie na rozbicie namiotu. Namiot trzeba jednak składać rano i rozkładać na wieczór. Właścicielka schroniska nie ma nic przeciwko by stał cały czas, ale jakby przyszedł strażnik parku to mógłby się czepiać, a jak na początek to nie warto zadzierać z mundurowymi. Poniżej schroniska znajduje się mały placyk wyrównany specjalnie pod ustawienie namiotów, zmieściło by się tu nawet kilka, ale przez cały pobyt jesteśmy tu sami, nawet więcej prawie w ogóle nie ma turystów, może kilka osób dziennie, schronisko jest puste, jest to strasznie dziwne, ale jak potem się dowiedzieliśmy włoskie wakacje są w sierpniu i tłok w górach robi się wtedy większy. Druga sprawa, że rejon Schiary nie jest tak popularny turystycznie jak okolice Cortiny d'Ampezzo. Gdy na chwilę przestaje padać urządzamy nasz obóz i idziemy spać ( jak na jeden dzień to wrażeń wystarczająco). Na tym jednak nie koniec, gdyż w nocy rozpętała się taka burza i wichura, że obawiałem się czy namiot to wytrzyma.

2. Rano budzimy się w tym samym miejscu co zasnęliśmy, namiot wytrzymał napór wiatru. Szybko się pakujemy i wychodzimy zdobyć na rozgrzewkę Monte Pelf ( 2502m ), trochę wyżej niż Rysy. Ścieżka wg przewodnika ma być nieco trudna ( coś około naszego wejścia na Giewont). Nie udało nam się tego sprawdzić ok. 1h po wyjściu znowu mamy burzę i musimy zawrócić. Po południu przejaśnia się i idziemy do biwaku Sperti zobaczyć jak to wygląda. Podejście do biwaku to początek ferraty, idziemy bez autoasekuracji, która jest tu niepotrzebna. Miejscami jest ciekawie, ale tak naprawdę to nic trudniejszego niż Orla Perć. Biwak jest fajny, czerwona puszka z 9 pryczami noclegowymi, chyba będziemy z nich korzystać później. Szczególnie, że książka biwakowa nie wskazuje, iż taki biwak jest oblegany ( raczej mało wpisów i całkowity brak polskich zapisków - o przepraszam jedne nasz - może jesteśmy tam pierwszymi od dawna Polakami ? ). Schodzimy pod schronisko - plan na jutro to zdobycie La Schiary ferratą Marmol...

3. Dnia 8.VII pogoda jest przepiękna. Wychodzimy dość wcześnie. Po dojściu do ściany zakładamy wreszcie sprzęt do asekuracji i wyruszamy. Jest wspaniale, trudno i bardzo powietrznie w niektórych momentach. Idziemy po drabinach potem jakiś trawersik pod resztkami śniegu. Już wiem, że takich tras nie ma w Polsce, idziemy do góry dość długo ucząc się jak to wszystko sprawnie pokonywać. Pod koniec dnia chodzimy nie dotykając praktycznie metalowych części ubezpieczenia, a naturalnie wspinając się po skale. Przepinając tylko karabinki na ubezpieczeniach ( są jednak momenty gdzie bezpieczniej wydaje mi się trzymać ubezpieczenia niż skały , albo nogą podeprzeć się na jakimś haku ). W końcu dochodzimy do biwaku Marmol, gdzie dłużej odpoczywamy i dalej już łatwym terenem na szczyt, gdzie ustawiony jest krzyż ( tak jak zresztą na większości poznanych przez nas szczytów ). Schodzimy tą samą drogą trochę może niepotrzebnie się bojąc, że na nowej sobie nie poradzimy, ale i tak jestem strasznie zadowolony z dzisiejszego dnia. Wrażenia z "via ferraty" są niezapomniane. Całość zajęła nam około 10h.
     Potrzebna jest więc zmiana taktyki i jutro nie ruszymy przez góry, ale schodzimy do Belluno. Po pierwsze nie mamy dużo jedzenia, na dalszy pobyt w górach. Po drugie zbyt ciężko jest pokonywać ferraty z ciężkim plecakiem. Postanawiamy co kilka dni zakładać nową bazę w innym rejonie gór i robić wypady na pobliskie szczyty. Jak się okazało na koniec był to doskonały pomysł.
    Rano schodzimy do Belluno, już znacznie szybciej i pewniej niż to było przy podejściu. Na dole jako fachowcy od masywu Schiary udzielamy informacji co do czasów przejścia kilku Włochom. Jest w porządku... Po południu odjeżdżamy do Pecol, na kemping w masywie Civetty. Z okna autokaru możemy podziwiać piękne miejscowości górskie. Ot takie...

Rozmiar: 17129 bajtów

Wszystko idzie dobrze do momentu gdy zamiast w Pecol lądujemy w Calalzo di Cadore, ups... na szczęście jakiś miły pracownik DolomitiBus ( czyli firmy obsługującej większość połączeń w górach ) wyjaśnia nam, że powinniśmy się byli przesiąść w Longarone w kierunku Pecol. Szybko więc odjeżdżamy z powrotem i ostatnim autobusem, który chyba na nas czekał dostajemy się do Pecol ( mieliśmy trochę szczęścia, gdyż następnych połączeń już dziś nie było ). Ale przynajmniej jest wesoło i ciekawie.

 
   
wstęp  |  1  |  2  |  3  |  4  |  5  |  6  |  7
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce